Made by
TH-c
All Rights reserved
O TYM WARTO OPOWIEDZIEĆ
BELGIA vs POLSKA 15 listopada (el. ME) Na środowy mecz do stolicy Belgii wyruszamy we wtorek wieczorem gustownym, żółtym busikiem. Jest nas dziewięciu, mamy ze sobą znaną flagę Poznań z herbem Kolejorza. Już na pierwszym postoju spotykamy wizualnie dobrą ekipę Resovii oraz autokar z Warszawy. Czternastogodzinną podróż umilamy sobie snem i kilkoma butelkami Warki. Belgia wita nas słońcem i...półgodzinnym korkiem przed Brukselą. Na szczęście bez błądzenia docieramy do naszego hoteliku. Już w recepcji, wśród nielicznie kręcących się tam ludzi rozpoznajemy zaspane, zmęczone, znajome twarze. Okazało się, że inna, dwudziestoosobowa grupa kibiców Lecha dojechała do Brukseli poprzedniego dnia wieczorem i miała już okazję poznać jej nocne życie. Po rozlokowaniu się w przytulnych pokoikach nie tracąc czasu ruszamy na zakupy. Bez cienia przesady można powiedzieć, że dział piwny należał do nas! W sumie kupiliśmy grubo ponad 200 butelek trunku, z którego Belgia słynie. Należy dodać, że obywatele tego kraju raczej nie uznają piwa poniżej 6% vol a normą jest 8-9%! Natychmiast wypiliśmy po jednym i wróciliśmy do hotelu zostawić zakupy. Na korytarzach szok, spotykamy kolejną grupę kibiców Lecha! Razem było nas w tym hoteliku około 50!!! W końcu ruszyliśmy na miasto, po drodze zahaczając o stadion Anderlechtu, na którym rozpoczęliśmy swoją tradycję wjazdów na murawę:) . Już w pobliżu centrum, samochód pozostawiliśmy w muzułmańskiej dzielnicy i nie do końca byliśmy pewni czy jak po niego wrócimy to nadal będzie taki śliczny:). Plany zwiedzania mieliśmy dość bogate, niestety czas pozwolił tylko na ścisłe centrum miasta. Po nacieszeniu oczu wszelkimi wartymi tego obiektami rozsiedliśmy się na ogródku wypełnionego Polakami pubu i zamówiliśmy piwko. Ceny mieli typowo europejskie, ponad 4 euro za małą butelkę. Siedząc obserwowaliśmy wypełniający się naszymi rodakami rynek. Obok wielu wynalazków z flagami Tyskiego na plecach można było też dostrzec naprawdę konkretne ekipy, ze szczególnie wyróżniającą się gdańsko-wrocławską na czele. Podobno szklanym wyposażeniem pubu poobrzucali stojącą nieopodal psiarnię. My jednak widzieliśmy tylko późniejsze odwety belgijskiej prewencji. Policja to swoją drogą ciekawy temat. I na rynku i pod stadionem kręciła się masa tajniaków...tzn wydawało się im, że są tajniakami ale chyba tylko ślepy nie zauważyłby słuchawek w ich uszach i natarczywie czającego spojrzenia. Mieliśmy z nich sporo śmiechu, chociaż nie do śmiechu było chłopakom zawiniętym przez nich za odpalenie mikroracy na rynku. Dochodziły nas też słuchy o szykującej się, 300 osobowej ekipie belgijskich chuliganów ale ostatecznie nic z ich planów nie wyszło. Kiedy nie mogliśmy już słuchać żenujących przyśpiewek przepitych, niedzielnych kibiców z Polski ruszyliśmy w poszukiwaniu jadłodajni. Wybraliśmy dość nietypowo. Knajpka słynęła z owoców morza podawanych w różnych postaciach. Czterech z nas zamówiło po garnuszku małży a pozostała piątka...uciekła na kebaba:). I jedni i drudzy byli jednak bardzo zadowoleni. Zbliżał się czas meczu, więc postanowiliśmy podjechać pod stadion. Po drodze do auta mieliśmy jeszcze krótką rozmowę z kibicami Bałtyku Gdynia, spotkaliśmy kolejnych kibiców Lecha i przyglądaliśmy się bohaterskim akcjom brukselskiej prewencji. Pod stadion dojechaliśmy bez przeszkód a pod bramy dla kibiców gości poprowadził nas nie kończący się, kilkutysięczny tłum Polaków. Jak powszechnie wiadomo, w sumie było nas tam około 15 tysięcy. Niestety, bilety załatwiane omijając złodziejski PZPN zostały nam dostarczone dopiero kilka minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego, dlatego mieliśmy spore obawy o miejsce, w którym zawiśnie nasza flaga. Kolejnym problemem było to, że bilety mieliśmy na piętro a wiadomo, że fana najlepiej prezentuje się przy murawie. Bez większego wysiłku udało nam się jednak pokonać przeszkodę w postaci dwóch ochroniarzy i już byliśmy przy dolnym płocie. Następnym krokiem było lekkie poprzesuwanie flag Jagiellonii, zdjęcie płótna reprezentującego jakąś wiochę i rozwieszenie naszej wizytówki. Ku naszemu zdziwieniu, przeciwko tej akcji burzyli się tylko jacyś kibice z Łomży. Jaga podeszła do nas z szacunkiem i uznaniem. Podczas meczu bardzo dobry doping Polaków i absolutny jego brak ze strony Belgów. Na uwagę zasługuje fakt wywieszenia na Heysel ponad 200 polskich flag! Po udanym spotkaniu padł jeszcze pomysł udania się ponownie na rynek ale kierowcy byli tak zmęczeni, że daliśmy sobie spokój. Zrobiliśmy sobie za to małą ucztę i melanżyk na podhotelowych ławeczkach. Słuchania i opowiadania historii z życia kibicowskiego nie byłoby końca gdyby nie fakt, że zrobiło się bardzo późno a wyjazd planowaliśmy na wczesny poranek. Po kilku godzinach snu spakowaliśmy się do busa i zaplanowaliśmy całkiem ciekawą drogę powrotną. Pierwszym przystankiem, było malutkie, malownicze Charleroi. Naszym celem był oczywiście stadion arena Euro 2000. Jak zwykle nie obyłoby się bez fotek na murawie. Kolejnym, nieco dłuższym przystankiem było górnicze Liege. Pomimo tego, że miejscowy cieć nie chciał nas początkowo wpuścić udało się nam wejść a miejscowy stadion zrobił na nas ogromne wrażenie, w szczególności 3-piętrowy sektor gości! Od tej pory zgodnie modlimy się o wyjazd do Liege razem z Kolejorzem. W tym mieście zjedliśmy też po przepysznej bagietce z mięchem i frytkami. Niektórym z nas tamtejszy sos odbija się do dziś:). Ostatnim przystankiem na naszej drodze było niemieckie Aachen. Tam, swoje mecze rozgrywa zajmująca wysokie miejsce w Bundeslidze Alemania. Stadion znacznie odbiegał od europejskich standardów co tylko ułatwiło nam...przechadzki po murawie. Warto odnotować, że w tym mieście 2 stadiony przeznaczone do pokazów konnych i skoków przez przeszkody są o kilka klas lepsze i nowocześniejsze od obiektu piłkarskiego. Niestety czas nie pozwolił nam już na zwiedzenia ostatniego obiektu, który leżał po drodze mianowicie BayArena w Leverkusen. Pozostało nam tylko rzucenie okiem na jego sylwetkę z perspektywy autostrady. Żałujemy, ale wszystko przed nami. W Poznaniu meldujemy się w czwartkową późną noc. Każdy z nas z uśmiechem na ustach żegnał się ze współtowarzyszami podróży. Było świetnie w tym byliśmy zgodni i już planujemy wspólne eskapady do Serbii, Finlandii i Portugalii. GERMANY 2006 (MŚ) Napakowaną do granic możliwości polówką, wyruszamy w czterech w czwartek wieczorem. Podróż mija na sączeniu Red Bulli (kierowca i kierowca awaryjny) i Kolejorzy (T. i J.). Szok wywołuje przeskok z naszych niebezpiecznych ścieżek na niemieckie autostrady. Na miejsce, na nasz Jugendcamp docieramy około 7 rano. Rozbijamy namiot, wpieprzamy kabanosy, pijemy piwko i ruszamy na wycieczkę krajoznawczą. Okazuje się, że stadion Schalke jest jakieś 500m od naszego obozowiska. Po drodze zahaczamy jeszcze o pięknie położony Parkstadion - poprzedni stadion klubu z Gelsenkirchen. Pod stadionem (około 8.30) widać już całkiem spore grupki Polaków, zauważyliśmy też podejrzane zbiegowisko na jednej ze ścieżek. Okazało się, że to jakieś turki handlują biletami. Bez zastanowienia bierzemy gościa na bok i bez większych targów (on chciał 400 euro za 4, my daliśmy mu 240) nabywamy wejściówki na mecz Polska - Ekwador!!! Obchodzimy parę razy stadion (który z zewnątrz stadion przypomina w stopniu średnim) i udajemy się na poszukiwanie niemieckiego piwa. Najbliższy sklep był daleko, 1,5km od stadionu. Robimy zapasy i wracamy do przystadionowego parku bo czekało tam na nas jeszcze dwóch ziomków z Tarnowa. Degustując trunki obserwujemy sobie coraz liczniejsze rzesze kibiców z Polski. Dominowały flagi z Tyskiego a w oczy kłuło mnóstwo konkretnie spitej wiary (a było 10 rano!!!). Nie wiem jak oni mieli siły na cokolwiek kilka godzin później. Około 13 zmywamy się do namiotu w celu odespania nocki, jednak było za gorąco, żeby chociażby usiedzieć w jednym miejscu. Po spałaszowaniu kolejnych kiełbasek ruszamy na ceremonię otwarcia i mecz Niemcy - Kostaryka do klubowej restauracji Schalke. Po drodze spotykamy jeszcze starszego pana, emigranta z Bytomia, który dużo nam opowiedział i pokazał. Ubolewał też nad losem śląskiej piłki i Szombierek Bytom. W knajpie wypiliśmy kilka piwek (z plastikowych kubków :/) i podenerwowani czy w ogóle wejdziemy na te bilety, na stadion ruszyliśmy już w przerwie meczu otwarcia. W tym czasie zażenowały mnie dwie rzeczy - po pierwsze, Niemcy kochają Podolskiego, mają o nim specjalną piosenkę a chyba mogliby sobie wybrać idola, który jest Niemcem jest na prawdę. Co gorsza, wyglądało na to, iż uwielbiają go też Polacy, którzy ochoczo przyłączali się do piosenki i pokazywali wymownymi gestami jaki to on jest polski. Po drugie, kiedy nazwałem naszego Króla Kibiców samozwańcem, ten "pojechał mi" od przyjaciela:). Na stadion weszliśmy w minutę, zero problemów. Jako, że mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu obróciliśmy jeszcze jakieś piwka, zagryźliśmy wurstem i wbiliśmy się na wewnętrzną stronę stadionu. Okazało się, że miejsca mamy w samym sercu ekwadorskiego "kotła", w którym w dodatku nie brakowało Polaków-idiotów gorąco zachęcających do wymiany barw z przybyszami z Ameryki i ogólnego włażenia im w tyłki. Długo więc miejsca tam nie zagrzaliśmy. Najpierw był pomysł, żeby iść gdzieś pod flagę POZNAŃ (dokładnie po przekątnej stadionu), uznaliśmy że to jednak za daleko i udaliśmy się na sam środek prostej - najpierw do V rzędu, a jak już nie można było słuchać komentarzy tych popieprzonych pikników zeszliśmy jeszcze niżej - na schody na samym dole. Doping w naszym miejscu był bardzo mizerny, my jednak dawaliśmy z siebie tyle ile mogliśmy. Mimo wszystko, kibicowskie wrażenia z tamtego miejsca raczej przeciętne. Po meczu udajemy się do namiotu, gdzie jak łatwo się domyśleć uderzamy w kimę. O 7 rano następnego dnia budzi nas upał i duchota. Po śniadanku pytamy się miejscowych jak dojechać do centrum i co w ogóle w tym Gelsen jest ciekawego. Oni przestrzegają nas i proszą, żebyśmy tam nie jechali bo odbywać się będzie przemarsz nazistów a oni bardzo nie lubią cudzoziemców. My oczywiście, bez chwili zastanowienia, ruszamy w owym kierunku:). Po drodze mijamy antynazistowką pikietę. Będąc w centrum i nie zauważamy nic ciekawego i postanawiamy wybrać się do Dortmundu na Trynidad Szwecja. Dworzec wyglądał podejrzanie, obstawiony przez policję jak żadne inne miejsce do tej pory. Niczego nieświadomi kupiliśmy bilety do sąsiedniego miasta (to były prawie jedyne zakupione podczas całego pobytu ). Na peronie naszym oczom ukazały się kolejne oddziały policji po chwili było już jasne jedziemy jedną baną z liczną grupa nazistów !!! Ich przemarsz wyglądał dokładnie tak jak przemarsz ekip wyjazdowych w Polsce. Okrążeni przez policję, ubrani na czarno, z okrzykami na ustach. Po drugiej stronie barykady liczna grupa ich przeciwników zdzierała gardła okrzykami Nazis raus itd. My robimy kartoniadę z otrzymanych wcześniej kartek No nazis. Nagle, na sąsiedni peron wbiega ekipa około 30 osób i zaczyna napierdalać nazistów kamieniami. Zanim policja się pokumała poszły takie serie, że przez moment współczułem tym co oberwali. A oberwali na pewno bo po chwili wjechała do nich ekipa medyczna. Odjazd pociągu opóźnił się o pół godziny wewnątrz było spokojnie. W Dortmundzie zobaczyliśmy inny świat. Duże miasto, masa kibiców, świetne puby. Wymiatali kibice TiT, po raz pierwszy w życiu widziałem tak egzotyczną grupę. W jednym z pubów obejrzeliśmy mecz Anglików i udaliśmy się metrem pod stadion licząc na bilety u koników. Tych niestety nie stwierdziliśmy, co gorsza nie dane nam nawet było podejść blisko obiektu. Wróciliśmy więc do Gelsenkirchen i mecz wieczorny obejrzeliśmy w pubie. W niedzielę postanowiliśmy uderzyć do Holandii. Wybór padł na Eindhoven. Oczywiście podróż po takiej drodze była przyjemnością i już po dobrej godzinie meldujemy się pod stadionem Philipsa. Szybko pokumaliśmy się, że mecz Holandii można obejrzeć właśnie na nim...niestety zabrakło dla nas biletów, więc udaliśmy się na rynek. Całe miasto skupione było właśnie tam, wszyscy na pomarańczowo, wszyscy w świetnych nastrojach. Zajęliśmy dobre miejsce w pubie, chłopaki napili się dobrego piwa (bo ja dałem się wrobić w prowadzenie auta), obejrzeliśmy mecz w fajnej atmosferze. Wracając pustymi ulicami do auta, myśleliśmy jeszcze o jakichś zakupach (przede wszystkim piwnych) niestety, w niedziele w Holandii panuje absolutny zakaz handlu. Wieczorny meczyk obejrzeliśmy w pubie w Gelsen. Poniedziałek zaczął się od najazdu Czechów, którzy zamiast skupić się na własnej drużynie cały czas wypominali nam Ekwador. Było nam wstyd, szczególnie po ich późniejszej pięknej victorii nad USA. Pod stadionem nie namierzyliśmy koników, trochę nas to zmartwiło. Wszystkie mecze tego dnia obejrzeliśmy w pubach na mieście, był to jednak błąd bo trzeba było jechać do Dortmunu. Knajpy w Gelsen są bardzo słabe w porównaniu z tymi z miasta obok. W ogóle czuliśmy już przesyt tą mieścinką. Wieczorem zahaczyliśmy jeszcze o taki park, w którym z kwiatów wykonane były flagi wszystkich państw biorących udział w MŚ. Wyszło świetnie. We wtorek jeszcze zakupy w markecie i ruszyliśmy w drogę powrotną. Przeskok z autostrad na nasze drogi dał nam w dupę ale po 8,5h szczęśliwie dojechaliśmy (mijając po drodze 2 kraksy). Pierwotnie mieliśmy zostać w reichu do czwartku, niestety jednak naszego drivera pilnie wezwał promotor pracy licencjackiej i nie mieliśmy wyjścia. Szkoda, bo w Dortmundzie jest naprawdę fajnie. Mam nadzieję, że podobnie jest w Berlinie, bo nie ma bata jedziemy tam na finał!!! Każdemu kto się jeszcze waha nad wyjazdem stanowczo go polecam. Bliżej mistrzostw mieć nie będziecie a naprawdę warto poczuć ich atmosferę. Żeby nie zanudzać opisałem wszystko w wielkim skrócie ale pozytywnych elementów było naprawdę jeszcze mnóstwo. Chociażby wydarcie się we czterech Polska biało czerwoni i Lech Poznań w tramwaju pełnym czesko niemiecko amerykańskiej mieszanki. Było prawie idealnie, do pełni szczęścia zabrakło cząstki radości jaką mógłby dać chociażby jeden gol dla Polaków. BYLIŚMY W BERLINIE (MŚ) Wyjechaliśmy sobie w sobotę wcześnie rano w podobnym składzie co wcześniej do Gelsen. S. zmienił się z T. Zmieniło się też autko, przyciasnawą polówkę zamieniliśmy na ładne volvo. Mieliśmy trochę postojów po drodze, potem pobłądziliśmy w mieście więc na miejsce docieramy koło południa. Pole namiotowe gorsze niż to w Zagłębiu Ruhry, do tego 3 razy droższe (9ojro/noc) ale przynajmniej piwo na miejscu sprzedawali. Krótkie rozeznanie pokazało nam, że naszymi sąsiadami była wuchta Angoli a Włochów i Francuzów można było na palcach 4 rąk policzyć. Po rozbiciu namiotu ruszyliśmy metrem na miasto. Zwiedziliśmy centrum, z Bramą Brandenburską i Reichstagiem na czele, pozdrowiliśmy autokar francuskich piłkarzy pomykający w licznej obstawie, ładowaliśmy weissbiery i najedliśmy się w kurewsko drogiej włoskiej knajpie, której właściciel potem próbował nas gonić bo myślał, że nie zapłaciliśmy : ). Kiedy już mieliśmy wbijać się na ten słynny Fan Fest pod Bramą Brandenburską obczailiśmy jakiś stadion. Okazało się że to obiekt zbudowany specjalnie na mistrzostwa, wyposażony w wygodne trybuny i telebimy. Pod nim pełno było mini-boisk na których można było pograć w piłkę lub postrzelać z bani lub z rzutu wolnego. My skusiliśmy się na meczyk 4 na 4 przeciwko Portugalczykom, sklepaliśmy ich bez większego problemu a padający deszcz sprzyjał ostrej grze w czym wyróżniałem się ja : ). Nie patrząc na przydzielone nam miejsca, wbiliśmy się na najlepsze, z których jednak nas wyrzucono. Zmieniliśmy je na niewiele gorsze i w spokoju oglądaliśmy meczyk. Na nic zdały się próby Niemców do poderwania nas do wspólnego dopingu i wstawania przy ich hymnie. Chłodne fucki studziły ich zapędy: ). Co więcej, początkowo myśleli, że jesteśmy z Portugalii i trochę się napinali ale jak się wkurzyłem i krzyknąłem, że jestem Polska to nagle zrobili się cisi, wyraźnie przestraszeni i już się do nas nie obracali: ). Aż dziw bierze, że telewizja może zrobić taką wodę z mózgu. Przecież my nawet groźnie nie wyglądaliśmy. Po meczu odpuściliśmy sobie świętowanie niemieckiego sukcesu i udaliśmy się do namiotu. Niedzielę rozpoczęliśmy od zwiedzenia berlińskiego ZOO, następnie udaliśmy się pod Olimpiastadion. Już na długo przed meczem było tam bardzo dużo ludzi. Niestety nie można było się zbliżyć do obiektu na odległość mniejszą niż jakieś 300 metrów. Porobiliśmy sobie foty i zajęliśmy strategiczne miejsce na moście biegnącym ponad główną drogą biegnącą od stacji metra. Wypiliśmy po piwku, poobserwowaliśmy kibiców i wróciliśmy do centrum. Dodać trzeba, że masa ludzi chodziła z tabliczkami I need ticket a koników w ogóle nie widzieliśmy. W centrum wysiedliśmy pod wieżą telewizyjną, nażarliśmy się kebabu, wypiliśmy co nie co i za bandyckie pieniądze wjechaliśmy do góry, na 206 metrów. Widoki były średnie ale będzie co wspominać. Kiedy zjechaliśmy na dół, okazało się, że została nam godzina do wielkiego finału. Mecz planowaliśmy obejrzeć tam, gdzie poprzedniego dnia. Kiedy jednak dojechaliśmy na miejsce okazało się, że to niemożliwe. Setki tysięcy ludzi włóczyło się po ulicach w poszukiwaniu miejsca. Po przejściu paru kilometrów odbiliśmy tam gdzie wszyscy czyli w jakiś park. Okazało się, że to tylnie wejście na Fan Fest. Kiedy doszliśmy na miejsce przeżyliśmy niemały szok. Tabuny ludzi, knajpa na knajpce wszystko pod 7 (chyba) ogromnymi telebimami. Pierwszą połowę obejrzeliśmy siedząc u podnóża ostatniego. Później sukcesywnie przesuwaliśmy się w stronę Bramy Brandenburskiej. Po meczu święto Włochów (śpiewy, race), raczej brak załamania u Francuzów. Spotykamy też naszego starego przyjaciela, Boba króla kibiców. Momentalnie rozległo się gromkie Samozwaniec, musi odejść!. Widać, że koleś się trochę uodpornił, bo tylko na nas spojrzał i obrócił się na pięcie. W Gelsenkirchen był bardziej bojowy. Ogólnie atmosferka była niezła. Wychodziło się za to bardzo, bardzo długo. Kiedy podirytowani daliśmy na przód jednego z nas najbardziej przypominającego czołg sytuacje wyczaiła policja więc w obawie przed zawinięciem musieliśmy błyskawicznie zmienić kierunek ruchu. Czasu wychodzenia nam to raczej nie skróciło, za to po raz kolejny wykazali się Niemcy ochoczo wskazując psom, kto zakłóca im ordnung. Po opuszczeniu imprezowni i zostawieniu wiwatujących Włochów robimy sobie foty Berlin by night. Zaraz potem, zmęczeni zawijamy się na camping z małą przerwą na piwko i frytki w knajpce.Ostatni dzień to pakowanie, berlińskie korki i zakupy w markecie na całe wakacje: ).Podsumowując eskapadę i porównując z poprzednia powiedzieć trzeba, że Gelsenkirchen było dużo tańsze i miało taki pół-ryneczek na którym można było po meczu usiąść i wypić. W Berlinie, w centrum, są same restauracje z wysokimi cenami w dodatku. Na korzyść Berlina świadczyły jednak niezliczone ilosci przewijających się kibiców, nie tylko tych bezpośrednio zainteresowanych meczami ale także, Angoli, Meksykańców (byli świetni), Brazylijczyków, Argentyńczyków (widząc kolesi z Boca chcieliśmy zaśpiewać Sos cagon ale zabrakło z jednego piwka we krwi: ) ) i innych. Oczywiście nie żałujemy ani minuty tam spędzonej, smutne było tylko to, że czasem zabrakło kasy lub sił na jakieś atrakcje. Niestety takie jest życie. Nie wiadomo, czy trafi się nam jeszcze jakiś tak fajnie położony Mundial dlatego jeszcze raz podkreślam, ze warto było jechać, w miarę rozsądnie wydać kasę i spędzić świetny czas. Kto nie był niech żałuje. LEGIA vs LECH Legia przysłała do Poznania nieporównywalnie mniejszą od zainteresowania liczbę biletów. W związku z tym, jako młody Fan Club, musieliśmy zredukować swoje zamówienie o 50%. Wyselekcjonowaliśmy 5 osób z największym stażem wyjazdowym i zaczęliśmy poszukiwania transportu. Szamotuły nie miały dla nas miejsca, nie wypaliło podczepienie się do autokaru FC Piła, nie udało się też z FC Rawicz. Ostatecznie wybraliśmy najszybszy środek transportu czyli samochód. W drogę ruszyliśmy wraz z dwoma autkami z FC Kaźmierz. Dzięki autostradzie na miejscu zbiórki zameldowaliśmy się sporo przed czasem. Był czas na obiad, a jeden z naszych wyjazdowiczów wzbogacił się o kilkadziesiąt złotych u barowego "jednorękiego bandyty". Warszawa przywitała 700 osobową grupę kibiców Kolejorza śniegiem, korkami i frajerską policją. Nie wnikając w szczegóły powiem, że auto musiałem zostawić około 10km od stadionu a na Łazienkowską zostałem dostarczony w policyjnej suce i wysadzony z niej wcale nie od strony sektora gości. Co więcej, ostatni nasi kibice weszli około 30 minuty meczu. Na stadionie wywiesiliśmy naszą flagę i przyłączyliśmy się do dopingu, który kibice Legii ocenili o wiele wyżej niż swój ! To mówi samo za siebie. Niestety nasi kopacze znowu nie dali rady, ale tradycyjnie mało nas to obeszło. Powrót udał nam się lepiej niż kiedykolwiek. Dzięki pomocy Fan Clubu Lecha z Warszawy udało się najpierw oszukać mundurowych a potem im uciec więc do Poznania dojechaliśmy 2.30 czyli jakieś półtorej godziny szybciej niż innym.
FC TARNOWO PODGÓRNE - MUREM ZA LECHEM !!!